English version
PRacownia - komunikacja strategiczna

Blog


Zobacz wszystkie wpisy
2010-09-23 - Sebastian Bojemski - Do czego służy polityka historyczna?

Tworząc „nowe społeczeństwo”, komuniści starali się wyeliminować daty i wydarzenia, np. 11 listopada, które w jasny sposób stanowiły o polskości. A działacze opozycji niepodległościowej kultywowali te rocznice, żeby podkreślić

Wówczas nie funkcjonowało jeszcze pojęcie „polityki historycznej”, choć zachowanie w pamięci Polaków lub wyeliminowanie z niej daty 11 listopada 1918 r. było jednym z jej istotnych elementów.

 

„Polityka historyczna" to dziś tak popularny termin, że nie jest zdefiniowany w powszechnym obiegu. Gdyby się jednak pokusić o sformułowanie jego podstawowych cech, można przyjąć, że polityka historyczna to element propagandy integracji, której celem jest – idąc za Jacques’em Ellulem, socjologiem opisującym nowoczesne społeczeństwa – stabilizacja, unifikacja i wzmocnienie społeczeństwa lub narodu. Kto decyduje o kierunkach polityki historycznej? Elity, bo to zawsze one kierują zbiorowościami.

Jest jasne, że zarówno propaganda, jak i polityka historyczna bazują na fałszu albo na prawdzie. Mają szczytne lub niegodne cele. Są to jedynie narzędzia oddziaływania elit na zbiorowości. Polityka historyczna jako element propagandy integracji kształtuje świadomość znacznie subtelniej niż narzędzia propagandy agitacji, które są stosowane, aby doprowadzić zbiorowość do konkretnych zachowań. W jej wypadku osiągnięcie celu zajmuje co prawda więcej czasu, ale za to jest skuteczniejszew długim okresie. Celem polityki historycznej jest zaś wyłowienie z przeszłości narodu lub społeczeństwa tych elementów, które służą zachowaniu, odtworzeniu, przebudowie lub budowie nowej tożsamości.

Do prowadzenia polityki historycznej niezbędna jest podstawa naukowa. Bez pisanego naukowym językiem opracowania nie jest możliwe zbudowanie „piramidy komunikacyjnej". Jej wierzchołek jest jak najbardziej naukowy, historyczny, socjologiczny, a dalsze poziomy coraz bardziej popularne w formie. Zawsze, kiedy na końcu komunikacji znajduje się społeczne wydarzenie, piosenka, komiks czy ołowiany żołnierzyk, to na początku jest monografia, artykuł historyczny, badania. Niedawno wydany przez IPN komiks o ppłk. Jerzym Dąmbrowskim „Łupaszce", słynnym kresowym zagończyku, był poprzedzony monografią napisaną kilka lat wcześniej – „Sagą o "Łupaszce" ppłk. Jerzym Dąmbrowskim 1889-1941" autorstwa prof. Tomasza Strzembosza.

Ważną cechą charakterystyczną polityki historycznej jest też jej centralna inspiracja i rozproszona realizacja. Elity (również państwowe) inspirują i finansują początkowy etap procesu i tworzą atmosferę (zwłaszcza medialną), która wiedzie do kolejnych, rozproszonych działań. Niezależnie od siebie jednostki i środowiska realizują założenia nowego zamysłu polityki historycznej we właściwej sobie formie: naukowej, publicystycznej, popkulturowej. Kluczowe dla osiągnięcia zamierzonego celu jest wprzęgnięcie do tego na koniec projektu systemu edukacyjnego.

 

Polityka historyczna towarzyszy ludzkości od tysiącleci. Starożytni Grecy i Rzymianie sławili bohaterów, umieszczając ich wizerunki na naczyniach, a ich heroiczne czyny – uwieczniając w mitach i eposach przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Przykładem skuteczności propagandy mówionej były też krucjaty, do których zmobilizowano – za pomocą pieśni, wierszy i kazań – rycerstwo i lud całej Europy. Możliwości propagandowe zrewolucjonizowało wynalezienie w XV wieku czcionki. Pięć wieków później tę samą rolę odegrała powszechna edukacja i rozwój mediów.



Mistrzami nowoczesnej propagandy okazali się w latach 30. XX wieku naziściw Niemczech i o dekadę wcześniej bolszewicy. Niemieccy narodowi socjaliści odwoływali się do tradycji germańskiej, która ówczesnym Niemcom miała dać „siłę" i „sumienie" nadludzi. Podkreślanie wspólnych germańskich korzeni służyło także mobilizacji ochotników z krajów nordyckich do oddziałów Waffen SS. Z kolei międzynarodowi socjaliści podkreślali dzieje „walki o wyzwolenie" warstw uciskanych oraz „konieczność dziejową”, wskazując w historii świata te wydarzenia, które udowadniałyby tezy Karola Marksa. Pokazywanie Związku Sowieckiego jako ofiary „imperialistycznych ataków” mobilizowało „obrońców pokoju” na świecie. Wspólnym mianownikiem polityki historycznej narodowego i międzynarodowego socjalizmu było zburzenie tradycyjnego ładu opartego na greckim poczuciu piękna, rzymskim prawie i chrześcijańskich wartościach, a prezentowanego jako osłabiającego „germański triumf woli” albo budowę „ojczyzny światowego proletariatu”.

Dziś polityka historyczna bywa wykorzystywana też jako narzędzie poprawności politycznej. Cały Zachód uczy się, jak nienawidzić cywilizację, z której pochodzi. Doskonale to widać w USA, gdzie „polityka poprawności historycznej" zaczyna się od selekcji nauczycieli akademickich. W California’s Pasadena City College aplikujący o posadę profesora historii Ameryki i Europy byli pytani, czy zgadzają się z opinią, że Krzysztof Kolumb był „zbrodniczym imperialistą" lub że Francuzi byli większymi rasistami niż Hiszpanie przy kolonizacji Nowego Świata. Jeśli kandydaci wątpili w te tezy, byli uznawani za osoby nierozumiejące nowej wizji dziejów i nie mogli wykładać historii.

 

Podczas wyborów do Rady Amerykańskiego Stowarzyszenia Historyków w 1993 r. nie został do niej rekomendowany żaden badacz zajmujący się historią ekonomiczną, historią nauki czy stosunków międzynarodowych. Wśród nominowanych znaleźli się za to naukowcy zajmujący się historią „afroamerykańską", kobiet i homoseksualizmu. W tym samym roku podczas zjazdu Organizacji Amerykańskich Historyków odbyły się sesje na temat historii Murzynów, Indian, kobiet, homoseksualistów itp., ale nikt nie mówił o Thomasie Jeffersonie, mimo że mijała 250. rocznica jego urodzin. Nie podjęto też tematu II wojny światowej w 50. rocznicę lądowania aliantów na Sycylii.

Już w 1989 r. dziekan Wydziału Black Studies z City College of New York zażądał, aby w szkołach podstawowych dzieci uczyły się, że „krucjaty i skorumpowany Kościół katolicki" doprowadziły do przyjęcia przez Europejczyków „negatywnych wartości", takich jak rasizm i egoizm narodowy, a skutkowały podbijaniem nowych ziem. Według niego odkrywanie Ameryki przez Kolumba było istotnym elementem ideologii „białego nacjonalizmu", który uzasadniał masową eksterminację Indian. W USA zdążyły się od tamtej pory pojawić również np. tezy o murzyńskim pochodzeniu starożytnych Egipcjan, z Kleopatrą na czele, i o średniowiecznych „czarownicach” jako prekursorkach feminizmu. Skutek? Do szkoły podstawowej przy Uniwersytecie Kalifornijskim wprowadzono zajęcia z „czarów”!

Polityka historyczna to dziś przede wszystkim jedno z najistotniejszych narzędzi realizowania długofalowych strategii politycznych państw. Na przykładzie Izraela, Niemiec czy Rosji widać różnorodność realizowanych w ten sposób celów przy tożsamości stosowanych mechanizmów. Niedawno przez Polskę przetoczyła się fala dyskusji o filmie „Opór" opowiadającym o żydowskiej grupie przetrwania braci Bielskich, która w czasie II wojny światowej ukrywała się przed Niemcami w Puszczy Nalibockiej na Nowogródczyźnie. Film nie był antypolski, choć nie przedstawiał całej działalności tej grupy: te braki były podstawowym zarzutem polskich historyków wobec twórców. Tymczasem film był nade wszystko elementem polityki historycznej prowadzonej przez diasporę żydowską w USA. Jego celem nie była szczegółowa rekonstrukcja działalności grupy Bielskich, lecz ukazanie bohaterstwa Żydów w obliczu śmierci. Tzw. targetem byli głównie Żydzi żyjący w Izraelu i diasporze. Oglądając „Opór", nie sposób nie skojarzyć grupy Bielskich otoczonych ze wszystkich stron przez Niemców ze współczesnym Izraelem, wyspą na „arabskim morzu". Dzięki tej produkcji diasporę w USA zmobilizowano do wsparcia macierzy, a Izraelczycy wzmocnieni moralnie. Przy okazji skorygowano też obraz Żydów jako bezradnych ofiar.

W RFN z kolei zasadniczym długofalowym celem politycznym zdaje się zdjęcie wora pokutnego, w który ubrano Niemców po II wojnie światowej. Działalność Eriki Steinbach i budowa Centrum przeciwko Wypędzeniom pokazują, że niemieckie elity chcąwreszcie wyprostować kark. Najlepszą zaś drogą do zdjęcia z siebie odium agresora jest ustawienie się w pozycji ofiary. Stąd batalia o uwzględnianie w liczbie ofiar wojny także ofiar bombardowań Drezna czy „wypędzeń" z Prus Wschodnich, Zachodnich i Śląska.


Naprzeciw tym potrzebom wychodzi też kinematografia. W filmie „Walkiria" elity oficerskie III Rzeszy okazują się w dużym stopniu nastawione antyhitlerowsko. Jeśli dołożyć do tego „Listę Schindlera" oraz powstający film o Niemcach ratujących Żydów, to jedynym zjawiskiem, które będzie przypominało o niemieckiej współodpowiedzialności za wojnę, będą amerykańskie bazy wojskowe. Ta autodestygmatyzacja jest ściśle związana z procesami zachodzącymi w Unii Europejskiej i wzrostem znaczenia w niej Niemiec. Trudno sobie wyobrazić, że Niemcy, stając się championem Unii, miałyby wciąż nosić stygmat współsprawców II wojny.


Transformacja świadomości dokonuje się również w Rosji. Po upadku mitów „wielkiej socjalistycznej rewolucji październikowej" i „państwa przodującego ustroju" pozostał tylko mit wielkiej wojny ojczyźnianej, który nie jest jednak wystarczający do budowania tożsamości narodowej. Putinowska Rosja próbuje więc stworzyć synkretyczną wizję historii. Z jednej strony armia rosyjska używa symboliki armii carskiej, nosząc np. naszywki z dwugłowym orłem i odtwarzając Szkołę Kadetów im. Aleksandra Suworowa,a z drugiej podtrzymuje tradycje Robotniczo-Chłopskiej Czerwonej Armii w postaci sztandarów czy nazw jednostek.

Filmy typu „1612" albo rehabilitacja admirała Kołczaka, jednego z dowódców Białych, mają podkreślić ciągłość między Rosją, której podwaliny stworzył Iwan Groźny, a Rosją Putina. Pomostem między tymi, jakże różnymi Rosjami, jest mit wielkiej wojny ojczyźnianej, której sama nazwa brzmi nacjonalistycznie. Ma to być wojna, w której Rosjanie mogą być tylko ofiarami, a nie – jak to wynika z historii – także agresorami i oprawcami. Dla obrony tego mitu Putin w 70. rocznicę wybuchu II wojny światowej nie wahał się użyć wszelkiej możliwej historycznej artylerii – od zmanipulowanego wyboru dokumentów dotyczących rozmów dyplomatycznych między Polską a Niemcami po film historyczno--propagandowy tłumaczący „konieczność dziejową" paktu Ribbentrop-Mołotow.

 

W Polsce termin „polityka historyczna" pojawił się pod koniec lat 90. wraz z powołaniem Instytutu Pamięci Narodowej. Prekursorem okazał się Kazimierz Michał Ujazdowski. Jako minister kultury w rządzie Jerzego Buzka starał się uhonorować zapomnianych twórców kultury niezależnej: dziennikarzy, kolporterów, drukarzy itp. Były to pierwsze instytucjonalne kroki w obszarze przywracania pamięci, czyli polityki historycznej. Wcześniej tematyka najnowszej historii Polski: powstania antysowieckiego 1944-1956, opozycji niepodległościowej 1956-1980 oraz antysystemowej opozycji lat 80. (niepodległościowego nurtu „Solidarności", „Solidarności Walczącej"), nie istniały w głównym nurcie debaty publicznej. Inicjatywy w rodzaju zorganizowanej przez Ligę Republikańską wystawy fotograficznej „Żołnierze wyklęci” były marginesem.


Drugim po utworzeniu IPN kamieniem milowym w tworzeniu instytucji polityki historycznej było powołanie Muzeum Powstania Warszawskiego. I w tym wypadku każdy, kto by to uczynił przed ówczesnym prezydentem Warszawy Lechem Kaczyńskim, miałby powód do dumy. Ale nie znalazł się chętny. Dziś najnowsza historia stała się modna. Powstają filmy takie jak „Katyń", „Generał Nil", sztuki Teatru Telewizji, seriale „Czas honoru", „Cichociemni”, które cieszą się dużym zainteresowaniem. Co się do tego przyczyniło? Zapewne Muzeum Powstania Warszawskiego oraz działalność edukacyjna IPN, ale niepoślednią rolę odegrały też afery lustracyjne pokazujące Polakom, jaki wpływ na teraźniejszość ma przeszłość.

Zasadniczym celem polskiej polityki historycznej jest dziś wypełnienie luki po latach PRL, a więc emocjonalne i mentalne związanie Polaków z ich tradycją. Tym ostatnim, zerwanym na 50 lat ogniwem była II RP. Ukazując bohaterów II wojny światowej, podziemia antysowieckiego i opozycjonistów z lat PRL, przypomina się ludzi tworzących po 123 latach niewoli Polskę, przedstawicieli pokolenia Polski Niepodległej. Po 1989 r. możliwość odtworzenia ciągłości państwa odrzucono.Za tym poszło odrzucenie spuścizny II RP oraz jej dorobku w obszarze emocjonalno-metapolitycznym, a w konsekwencji – praktycznym. Na kilkanaście lat zaniedbano badania naukowe i kulturę masową. Film o Katyniu powstał po 20 latach od odzyskania niepodległości. Obrazów o powstaniu warszawskim i cudzie nad Wisłą nie ma do dziś. Działalność IPN jest jedyną tego rodzaju. Notacje prowadzone przez IPN, czyli nagrywanie wspomnień kombatanckich, działalność na Zachodzie prowadzona od dziesięcioleci, w Polsce przeprowadzana jest zaledwie od kilku lat. Wcześniej przez lata wymazywano z pamięci zbiorowej i rodzinnej ludzi, którzy z powodu niepodległościowej i niezłomnej postawy byli solą w oku komunistów. DIAGNOZA W PIGUŁCE Polityka historyczna to element propagandy integracji: jej celem jest stabilizacja i wzmocnienie tożsamości narodu. Współcześnie polityka historyczna jest wykorzystywana także dla wdrażania poprawności politycznej. W USA przebijają się np. tezy o murzyńskim pochodzeniu starożytnych Egipcjan.

 

Przykłady bohaterskich oficerów AK: gen. Emila Fieldorfa „Nila" czy rtm. Witolda Pileckiego, są już znane. Inni, jak np. dowódca oddziału Narodowego Zjednoczenia Wojskowego Mieczysław Dziemieszkiewicz „Rój", dzięki filmowi realizowanemu przez TVP ma szansę trafić „pod strzechy". Tysiące bohaterów wciąż czekają na odkrycie. Do nich należy np. Stefania Broniewska, żona ostatniego komendanta Narodowych Sił Zbrojnych, która w koszuli nocnej ze sztucerem w ręku broniła swojego majątku przed bandą sowiecko-komunistyczną.

 

Wprost 46/2009 (1399)